Oczekiwania ≠ rzeczywistość

Oto prosta recepta na osiągnięcie osobistego equlibrium, swoistego wewnętrznego spokoju, który daje nam możliwość patrzenia na wszystko co nas dotyczy z bezpiecznego dystanu. Pozwala nam obrać perspektywę, która dysocjuje się z naszymi wewnętrznymi przekonaniami co wolno, a czego nie wolno. Co wypada, a czego robić nie można. W momencie, kiedy zrozumiesz, że oczekiwania nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością (a to paradoksalnie jest rzeczywistością) poznasz smak wolności. Wolności od oczekiwań pokładanych w Tobie i w sobie. Bo jak często widzisz, jak Twoi znajomi lub Ty sam starasz się sprostać wymaganiom innych?

Najciężej jest chyba z oczekiwaniami rodziców, którzy dodatkowo obciążają Cię psychicznie jeśli nagle okaże się, że masz inny pomysł na życie. Miałeś być lekarzem / prawnikiem, żyć spokojnym życiem, bo przecież wszyscy wiemy, że lekarze i prawnicy mają spokojne i dostanie życie. Ty  im jesteś starszy i łapiesz coraz lepszy kontakt sam ze sobą zaczynasz rozumieć, że to nie jest Twoja droga. I nawet szczyt złotej góry, który został tak sprytnie namalowany przez rodziców, którzy też kiedyś tam szli, ale z różnych powodów nie doszli (bo się urodziłeś, bo życie jest ciężkie, bo w życiu nie zawsze ma się to co się chce, ale Tobie się uda synu / córko. Daliśmy Ci wykształcenie, poświęciliśmy się dla Ciebie!) okazuje się być górą, na którą nawet nie chcesz się wspinać. Cel widzisz gdzieś w zupełnie innym miejscu lub czasie. Osobisty dług wobec rodziców za ich poświęcenia sprawia, że spełniasz wizję dobrego życia Twoich rodziców.

Podobnie jest z partnerami, których w życiu wybieramy i którzy nas wybierają. Czasem spędzasz połowę swojego życia w oczekiwaniu, że magia - o której wszyscy mówią, ale niewielu jej doświadczyło - nagle się pojawi. A ona nie przychodzi. I czujesz, że coś wewnętrznie jest nie tak, że jesteś zamknięty w złotej klatce a z dnia na dzień sam podcinasz sobie skrzydła. Spełniasz wymagania stawiane przez partnera, rodzinę, społeczeństwo i dusisz się, bo czujesz, jakbyś żył życiem innej osoby - trochę jak w filmie, tylko bez happy endu. A może jednak z happy endem? Bo co się stanie, jeśli któregoś dnia obudzisz się i zrozumiesz, że nie musisz spełniać oczekiwań innych i być idealnym odzwierciedleniem osoby, która wpisuje się w stereotyp perfekcyjnego partnera? Albo z drugiej strony. Co jeśli osoba, którą dażysz wyjątkowym zaufaniem, uczuciem, opieką, po prostu miłością, nagle okazuje się być kimś zupełnie innym? W momencie kiedy stawiasz ją w sytuacji, w której nie ma nic do stracenia, ściąga wszystkie maski i pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Nagle okazuje się, że wszystko co do tej pory było, to jakaś halucynacja, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Okazuje się, że to co do tej pory było to tak naprawdę Twoje własne oczekiwania, dla których zawsze(!) znajdziesz usprawiedliwienie, jeśli nie zostaną spełnione przez partnera.

Spełnianie oczekiwań innych, to zupełnie tak, jakbyś oglądał film ze swoim udziałem, tylko nie o Tobie. Oczekiwania traktuj tylko i wyłącznie jak wskaźnik, ale nigdy jako cel. Inaczej staniesz się niewolnikiem rzeczy, które powinieneś mieć, pozycji w pracy, którą powinieneś osiągnąć, perfekcyjnego partnera, z którym warto być, który będzie oczekiwał, że nigdy nie popełnisz błędu, nawet jeśli sam je popełnia. Jest to droga to perfekcyjnego życia, którego będą zazdrościć inni, a ostatecznie, w którymś momencie stanie się nudne, frustrujące i pełne nałogów. Moment, w którym zrozumiesz, że jesteś wolny i nie musisz spełniać oczekiwań innych a Twoje własne nie zawsze muszą się spełnić (i to jest przecież OK) to moment, w którym odkryjesz kim tak naprawdę jesteś. Odnajdziesz przestrzeń do realizowania siebie a to da szczęście nie tylko Tobie, ale także wszystkim, którzy pokładali w Tobie jakieś nadzieje na zrealizowanie czegoś, czego im się nigdy nie udało osiągnąć.

Któregoś dnia, do ojca przyszedł syn i zapytał:
- Tato, jestem już dorosły, pozwól mi  się wyprowadzić i zacząć żyć na własną rękę.
- Synu, nie jesteś jeszcze gotowy, świat jest niebezpieczny, boję się o Ciebie, porozmawiajmy o tym za rok.
Po roku sytuacja się powtarza. Syn przychodzi do ojca i pyta:
- Tato, minął rok, dużo się nauczyłem, chcę się wyprowadzić i zacząć żyć po swojemu. Pozwól mi proszę.
- Synu, jeszcze nie teraz. Jeszcze nie jesteś na to gotowy. Spotkajmy się za rok.
Spotkali się po roku:
- Tato, podjąłem decyzję i nie oczekuję, że ją zaakceptujesz. Opuszczam dom rodzinny i zaczynam własne życie.
Ojciec słysząc to rozpłakał się... Syn rzucił mu się w ramiona i zapytał dlaczego. Ten odpowiedział:
- Nie płaczę, dlatego, że mnie opuszczasz, ale dlatego, że zrozumienie czym jest odpowiedzialność za własne życie zabrała Ci aż 3 lata...